Blog,  Zawody

Przekład literacki – refleksje tłumacza

O Autorze

Pan magister Jacek Wietecki, absolwent filologii angielskiej na UAM. Tłumacz literatury z niesamowitym dorobkiem i autor dwóch zbiorów opowiadań. Człowiek, który między innymi dał polskiemu czytelnikowi obraz wciągającego, niepokojącego i przewrotnego świata Jonathana Carrolla. Od wielu lat dzieli się swoim doświadczeniem, umiejętnościami i wiedzą ze studentami Wyższej Szkoły Języków Obcych.

O zawodzie tłumacza

1. Jest fascynujący

Jako małolat próbowałem tłumaczyć „dymki” w anglojęzycznych komiksach. Naprawdę mnie to wtedy kręciło – że można napisać po polsku to, co mówi Spider-Man albo Kaczor Donald. Na studiach traktowałem tłumaczenia powieści, jako sposób na poszerzenie słownictwa i struktur gramatycznych. Fascynuje mnie sama idea przekładu. Postawiłbym nawet śmiałą tezę, że wszyscy jesteśmy tłumaczami, tylko nie wszyscy o tym wiemy. 

2. Bywa trudny

W tłumaczeniach pisemnych, w których się specjalizuję, trzeba mierzyć zamiar podług sił. Znam wiele przykładów tłumaczy, którzy „wypalili się” w połowie powieści, i dalej ani rusz. Blokada twórcza. Żadna zachęta nie była w stanie ich przekonać do dalszej pracy. Doświadczenie pomaga ocenić własne możliwości w tym zakresie.

3. Co mi daje największą satysfakcję

Napisanie słowa „koniec” pod dopiero co przetłumaczonym tekstem 🙂 Ale poważnie mówiąc: fajnie jest mieć poczucie, że przetłumaczone dzieła beletrystyczne „mówią” indywidualnym, niepowtarzalnym językiem, który stworzyłeś. Że udało ci się przenieść część unikalnych cech wypowiedzi autora – jego/jej idiosynkrazje, gusty, dziwactwa – z języka oryginału na język docelowy. To jest oczywiście zawsze osobiste wrażenie, które weryfikuje się potem w ocenach innych tłumaczy, krytyków, czytelników itd.

4. Co najbardziej lubię w swoim zawodzie, a czego nie?

Tłumaczenie powinno być jak bieg z przeszkodami w nowym terenie, a nie orką na starym ugorze.

5. Wymagania klientów

Moimi klientami są głównie wydawcy. Oni chcą dostać produkt wykonany jak najszybciej, jak najlepiej i jak najtaniej. Godzenie tych żądań to dodatkowe zadanie, z którym tłumacz musi sobie poradzić. Nie mogę jednak narzekać: do tej pory obyło się bez konfliktów. 

6. Zagwozdka tłumaczeniowa          

W ostatniej powieści Jonathana Carrolla bohater wchodzi do salonu tatuażu, który w angielskim oryginale nosi nazwę HARDY FUSE. Po chwili z zaplecza wyłania się właścicielka tego przybytku, która ma na sobie koszulkę z nadrukiem HEARTY FUSE. Cytuję: “This confused Patterson because he remembered the spelling on the store window was HARDY FUSE. Are you hearty or hardy? Patterson asked.” W moim tłumaczeniu sklep nazywa się „Hardy Twardziel”, a napis na koszulce głosi „Twardy Hardziel”. Czy pani jest harda czy twarda? – pyta Patterson. To, że tatuażystka mówi z ciężkim południowym akcentem gubi się, niestety, w przekładzie.

Przykład zasłyszany i wynotowany z telewizji, który był ćwiczeniem na zajęciach z translacji: „Najgorsze z dotychczasowych wystąpień premiera. Mieliśmy do czynienia z taką ilością wodolejstwa, że na następną konferencję prasową dziennikarze będą musieli przyjść w kaloszach”. Moja wersja: “This was the PM’s worst performance. He delivered so much deadwood that the next time journalists will have to bring axes to the conference.” Studenci byli odważniejsi ode mnie i zaproponowali „hailstorm of rubbish” + „umbrellas” oraz „bullshit”” + „crocks”.

7. Dlaczego nie boję się AI

Duże modele językowe są ogromnym wsparciem dla tłumacza. Jak wiadomo, potrafią one w krótkim czasie wygenerować dowolną liczbę przekładów, nad którymi można dalej pracować, modyfikując je według uznania. Dzięki przekładom AI czytam obecnie książki napisane w językach, których nie znam, i jestem często pod wrażeniem solidności tej roboty. Nadal wprawdzie zdarzają im się kiksy, np. niezrozumienie metafor albo neologizmów, ale liczba tego rodzaju błędów będzie się stale zmniejszać.

15
0